Żeby oszczędzić rozczarowań i ustawić oczekiwania, ten wpis nie ma na celu nauczyć nikogo jak ma redagować swoje teksty. Poza standardowym pozwól się tekstowi odleżeć (co jest często niewykonalne, bo deadlajn ma inne zdanie) i czytaj na głos, nie mam wiele do dodania. O czym chcę pogadać w piśmie, to praca z redaktorem. W słowie mówionym robiłam to już jakieś dwa lata temu odpytując Alicję Tempłowicz w podkaście, ale dwa lata to sporo czasu i pięć opowiadań, które wykopałam za próg mieszkania, wpuszczając w zamian nieco więcej doświadczenia.

Dzień dobry, nazywam się…

Nie wiem, czy to ja mam takiego pecha, czy to taki zwyczaj w opowiadaniowym światku, ale prawie nigdy nie zdarzały mi się, żebym dostała kontakt od/do redaktora/ki wcześniej, jak wraz z mailem z pierwszą turą redakcji. Niby nic, ale tu i tam miałam mocne wrażenie, że redaktor był ostrożny, nie wgryzał się tam, gdzie powinien (gdzie sama się wgryzłam wprowadzając sugerowane zmiany, bo rzuciło mi się w oczy coś, co przegapiłam wcześniej – np. niekonsekwencje, między fragmentami tekstu, które wkradły się gdzieś przy wcześniejszych poprawkach) i nie mogłam odpędzić wrażenia, że ta ostrożność niekoniecznie była wynikiem braku czasu, a jakiejś obawy, żeby nie urazić. Opcjonalnie niedopasowania redaktora do tekstu, ale to często jest zupełnie poza wpływem autora, więc to trochę nie moja broszka i nie o to chodzi w tym akapicie.

Ten pierwszy kontakt dla mnie jest ważny. Pozwala mi dać znać redaktorowi, z którym wcześniej nie pracowałam, że mam twardą rzyć i niech się nie powstrzymuje, bo lepiej zakwestionować coś nieco na wyrost, niż z grzeczności przepuścić autentyczną wtopę. Ja – autorka – mam swój mózg i rozstrzygnę, czy dany problem jest tam faktycznie, czy rzecz się wyjaśnia gdzieś dalej i ewentualnie ugryzie się to w drugiej turze, albo w ogóle problemu nie ma i ma być po mojemu.

Przy wspomnianych turach pozostając, daje to też okazję, aby poznać plan działania. Będzie jedna tura redakcji, dwie? Szalejemy i zdążymy z trzema? Zupełnie inaczej podchodzi się do poprawek, gdy po pierwszym odesłaniu tekst leci do korekty, a inaczej, gdy ma jeszcze wrócić. W drugim przypadku warto czasami wdać się w dyskusję w komentarzach, aby mieć pewność, że ja rozumiem, o co chodzi redaktorowi, a on/a mi. W pierwszym nie ma sensu się tłumaczyć, bo i tak nic z tego nie wyniknie. Pozwala to również nieco zaplanować sobie życie. Autor (tak jak redaktor) ma życie i zobowiązania, które nie zawsze można rzucić z godziny na godzinę. Jeśli nie mam informacji, że pierwszą turę powinnam dostać wtedy a wtedy, a skończyć musimy do takiego dnia, to może się okazać, że przypadkiem zarządzę sobie odwyk od internetu w najbardziej newralgicznym czasie i e-mail będzie kisił się w skrzynce odbiorczej nieotwarty.

I pozostając w temacie czasówki redakcyjnej, for the fucks sake podawajcie w mailach terminy. Niewiele rzeczy działa człowiekowi na nerwy tak, jak to, że bez uprzedzenia dostaje plik, nie dostaje info do kiedy ma go odesłać, więc odkłada go na trzy dni, aby dopełznąć do weekendu, a tu w piątek, mail, że no, czy już skoczył, bo tempo, tempo, terminy. What the… Trudno przestrzegać terminów, których się nie zna. Serio. Autorzy mają wiele talentów, ale ten do nich nie należy i dość często moją odpowiedzią, na świeżo otrzymany mail z redakcją, było: do kiedy mam odesłać?

Tłumaczenie

Ja rozumiem, że to jest dodatkowa robota, ale czasami naprawdę dobrze jest dodać komentarz do wprowadzanej zmiany. Jedno zdanie argumentacji, czemu wybebeszyło się pół akapitu i wywróciło go do góry nogami, potrafią zdziałać cuda w przekonywaniu autora do tego, że schrzanił (i wpłynąć pozytywnie na czas w jakim dostaniecie plik z powrotem, bo zamiast zastanawiać się dwa dni, dlaczego w ogóle, będzie od razu jasne co i jak). Plus takie wyjaśnienie zapada w pamięć. Jest duża szansa, że jeśli ponownie spotkamy się w redakcji, to tego babola już nie będę powtarzała. Wszyscy na tym zyskują.

I jakby co, autorzy nie robią błędów specjalnie. Owszem, są autorzy niechlujni, ale większość jednak się stara pisać poprawnie. To, że czasami im nie wychodzi, jest powodem, czemu potrzebna jest redakcja. Rzucanie złośliwymi komentarzami na marginesie to nie jest właściwa droga, a zdarzyło mi się, że w redakcji artykułu popularnonaukowego dostałam komentarz, że tak się po polsku nie pisze. Czy fragment, do którego odnosił się komentarz, został jakoś zmieniony? Nie. To był komentarz, który wytykał mi, że napisałam coś źle i mam się sama domyślić co jest złego w tym fragmencie i to sama poprawić. What if anything the f… Gdybym wiedziała, jak napisać ten fragment poprawnym słownikowym polskim, to pewnikiem to napisała. Wytknięcie mi, że nie wiem, nie sprawi, że ta wiedza spłynie na mnie z nieba. A to ma być redakcja tekstu, a nie lekcja języka dla ludzi 30+. Zwykle mówię ludziom, że redakcja tekstu to gra do jednej bramki, a nie starcie tytanów, ale w tym konkretnym przypadku mam wrażenie, że redaktor miał bardziej to pierwsze podejście i chciał udowodnić, że wie o języku więcej niż ja… Spoko, oczywiście, że wie więcej. To, dlatego ja pisałam artykuł popularnonaukowy z pogranicza fizyki jądrowej i meteorologii, a on go redagował.

Tyle jeśli chodzi o anegdotkę/przykład „jak tego nie robić”.

Dygresja korektorska

Drodzy korektorzy – róbcie korektę, nie redakcję. Ja rozumiem, że często zależnie od projektu pełnicie jedną lub drugą funkcję, ale jeśli autor z redaktorem znalazł już wspólną wizję tego o czym ma być ten tekst i jak to najlepiej wyrazić, to wchodzenie w to ze swoim zdaniem i wybebeszanie wypracowanego podejścia, bo waszym zdaniem powinno być inne, wy rozumiecie zamiar autora inaczej niż on sam i wcześniejszy redaktor, jest trochę nie w porę i nie na miejscu. Rozumiem pokusę, ale trzymajmy się wyznaczonych zadań i wówczas zdążymy ze wszystkim na czas, a nie będziemy się kręcili jak gówno w przeręblu.

Z drugiej strony: drodzy redaktorzy, redagujcie, a nie róbcie korektę. Na korektę przyjdzie czas, a raczej nie istnieją teksty tak dobre, że można tylko poprawić w nich przecinki (a przynajmniej moje takie nie są, a redakcje, które wyglądały jak korekty, widziałam).

.

I tu możemy skończyć ten rant.

Może napiszę drugi o niewłaściwym podejsciu autorów do redakcji (autorze, redaktor to nie twój wróg), ale jeszcze nie wiem. Tu mam doświadczenie głownie anegdotyczne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.