Powidoki

– Merci pour votre com…

Reszta zdania utonęła w hałasie. Peron był pełen ludzi i co najmniej połowa z nich rozmawiała. Z samymi sobą, przez telefony, ze stojącym obok znajomym. Jurásek nie słuchał. Nie zwracał uwagi. Raz za razem powtarzając nieśmiertelne pardon, próbował przedostać się na drugi koniec platformy. Doświadczenie podpowiadało mu, że tam ścisk będzie mniejszy i łatwiej przyjdzie mu dostanie się do pociągu. O tym, że usiądzie, nawet nie śnił. Już bardziej prawdopodobna wydawała mu się zmiana wody w wino przez laika.

Pociąg pojawił się na skraju tunelu i od razu wywołał ożywienie na peronie. Gdyby nie pośpiech, pojechałbym metrem, pomyślał, stojąc w ludzkiej zupie oczekującej w napięciu aż skład się zatrzyma. Tam może byłoby mniej ludzi.

Biało-niebiesko-czerwona dżdżownica pełzła po torach i widok zaparowanych szyb dawał jako takie wyobrażenie o panującym w niej ścisku. Tłumek wokół Juráska spiął się i czuć było, że wyrwie w stronę najbliższych drzwi, gdy tylko będzie wiadomo, które to są.

Trzy, dwa, odliczał w myślach, w miarę jak skład zwalniał, jeden. Do boju.

Tłumek pozostawił tylko wąziutką ścieżkę dla wysiadających, których było co najmniej tylu, ilu oczekujących. Wyfiokowana dama przed nim zupełnie nie zwróciła uwagi na to, że dziabnęła go parasolką. Nastolatek za jego plecami napierał, a kobieta obok straciła równowagę i musiał się oprzeć o ścianę pociągu, by samemu się nie wywrócić. Z przodu ktoś już czmychał przy krawędzi drzwi do wagonu.

Z boku to musi wyglądać jak zoo, pomyślał i sam wcisnął się do środka.

Rozbrzmiał sygnał odjazdu, ktoś wbił się w stłoczony tłum, cudem umykając zamykającym się drzwiom. Ruszyli. Wagon powoli nabierał prędkości, a powietrze przesiąkało morderczą mieszanką zapachów. Hałas ludzki wyparty został nieco przez hałas pociągu. Zgrzyt kół na zakrętach, jakiś nadpsuty wentylator… Jurásek pocieszał się, że musi przejechać tylko dwie stacje.

Za oknem migały światła na ścianach tunelu. Nikt nie zwracał na nie uwagi. On rejestrował je podświadomie, jakby nimi odliczał tę podróż. Koło niego dziewczyna rozmawiała przez komórkę. Mówiła tak szybko i niewyraźnie, że ledwie wyłapywał zaimki.

Czy ja naprawdę znam francuski?, zwątpił nie pierwszy raz w ostatnich miesiącach.

Odwrócił wzrok od okna i zapatrzył się w gazetę siedzącego szczęśliwca. Odruchowo czytał nagłówki.

Sarkozy i dyplomatyczna wizyta… Algierczycy… Obama świętuje…

– Châtlet – Les Halles – zagadała pociągowa gadułka.

Jurásek wysiadł nim tłum zdążył go wypchnąć lub zadeptać. Rzeka ludzi wylewała się na peron, a tam czekała druga, chcąca wlać się do środka. Wszyscy koniecznie teraz i natychmiast, a nie do kolejnego pociągu za pięć minut. Ten zresztą byłby podobnie zatłoczony.

Przerażające, pomyślał, ilu ludzi może żyć na tak małej przestrzeni… Miliony.

Wcisnął się z powrotem do wagonu i westchnął ciężko. Nikt nie zwrócił na to uwagi.

Nie lubił tłumów. Lubił otwarte przestrzenie. Kochał góry.

Moje ślepe szczęście. Mówili jedź, tyle się nowego nauczysz, tyle zobaczysz… no i pojechałem. A i tak czynnikiem decydującym o wysłaniu mnie, była znajomość języka. Nie ma co się łudzić. Prago, moja Prago!, jeszcze tylko niecały rok.

– Saint–Michele – Notre Dame – przerwała mu gadułka.

Popłynął ku schodom w strumieniu ludzi. W górę, w górę ku świeżemu powietrzu, ku hałasowi ulicy w porannym szczycie, ku wstającemu słońcu. Odetchnął z ulgą, gdy stanął na Petit Pont. Jeszcze nie było tu zbyt wielu turystów. Po placu przed Notre Dame chodziło kilka osób, ktoś wręcz biegł, więc Jurásek wywnioskował, że pochodził stąd. Jedni zwiedzają i podziwiają, dla innych katedra to rzecz powszednia. Dla niego wciąż była zjawiskiem. Przystanął na moment i zadarł głowę, aby zobaczyć szczyty wież. Nie mógł się nadziwić, że wydaje się tak niska. Dużo niższa niż katedra na Hradczanach. Uśmiechnął się i wszedł do środka. O tej porze przed wejściem nie stał jeszcze ogonek ludzi żądnych zobaczenia pięknych witraży. Zresztą witraże wciąż były martwe. Słońce wisiało za nisko, aby je ożywić.

– Dzień dobry.

Odwrócił się w stronę idącego ku niemu mężczyzny w wieku bardziej niż średnim. Skinął mu głową.

– Corentin Vidal – przedstawił się tamten i podał mu dłoń.

Uścisk miał niekonkretny, trochę jakby podawał nie rękę, a rybę.

– Petr Jurásek.

– Dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać tutaj. Tak rzadko mam okazję być w stolicy, a żywię niebywały sentyment do tej katedry. Teraz też jestem w Paryżu tylko na chwilę i robienie sobie wycieczek do Wersalu było mi bardzo nie na rękę. Nie sądzi pan, że to niesamowite miejsce? Gdyby nie głośniki i tabliczki, to wręcz mógłbym ulec złudzeniu, że oto przeniosłem się do czasów mistrzów. A tak pozostaje mi czekać i wierzyć, że przed moją śmiercią dopracujemy formułę podróży w czasie.

Jurásek nie powiedział tego głośno, ale „dopracować” jego zdaniem zupełnie nie pasowało do sytuacji. Formuła była bardziej mrzonką czy snem niż czymś konkretnym. Kilka piktogramów transgresyjnych i alchemicznie stworzona kreda, ale wszytko wykreowane bardziej siłą plotki niż nauki. W stołówce praskiego instytutu czasami sobie z tego żartowano, zwłaszcza, jeśli gdzieś ktoś akurat temat odkurzył. Zwykle Francuzi. Przejawiali oni niezrozumiały dla Juráska optymizm i ignorancję dla zakazu Virolainena.

– Pracuję w Luwrze – powiedział, aby nie przedłużać ciszy.

– Och! Myślałem, że już przeprowadziliście się do Wersalu – zdziwił się Francuz. – Tyle o tym mówiono…

– Jeszcze nie wszyscy – wyjaśnił, ignorując podejrzanie rozbawioną nutę w głosie Vidala.

Wielka przeprowadzka trwała od kiedy tu przyjechał i wciąż nie było widać jej końca. Inne zakłady w kraju lubiły sobie i z tego pożartować.

– Rozumiem. Rozumiem, to musi potrwać. Po tylu wiekach! To jakby kres pewnej epoki. Ja jestem sentymentalnym człowiekiem i w sumie wolałbym, aby nikt instytutu z Luwru nie wyprowadzał. Ja rozumiem, że w Wersalu więcej miejsca, niecały jest udostępniony dla turystów i nie trzeba pracować w piwnicach, ale… Fin de siècle! Pan nie jest Francuzem, to pewnikiem pan tego nie rozumie, ale proszę mi wierzyć.

Jurásek pokiwał głową w udawanym skupieniu.

– Macie tam w ogóle zelektryfikowane? W Wersalu rzecz jasna, bo Luwr niemalże cały jest pozbawiony prądu.

– Częściowo – odparł wymijająco […]

Powidoki
Wydawca: Wydawnictwo Craiis
Premiera: 21 marca 2014
ISBN: 9788393757237

Do zdobycia...

Z Powidokami rzecz jest taka, ze to nie jest opowiadanie. To jest zbiór trzynastu opowiadań, zebranych przez lata. Zbiór wyszedł tylko jako wydanie papierowe, wydawnictwo, mimo ambicji założycielek, niestety nie przetrwało próby czasu i poza pojedynczymi egzemplarzami, krążącymi w drugim obiegu, chyba nie da się go już dobyć (choć o ile pamiętam jeden egzemplarz jest w bibliotece ŚKF-u).

Spis treści

2835 kwadransów do końca (47 i ¼)
Częstochowa 9:20
Chryzoprazowa karuzela
Dieu le veut
Na dnie
Złoty rocznik
Miłość czarodzieja
Głupiec
Limes
Joyeux Nöel
Słone Moczary
Mur

Powidoki
Wydawca: Wydawnictwo Craiis
Premiera: 21 marca 2014
ISBN: 9788393757237

Do zdobycia...

Z Powidokami rzecz jest taka, ze to nie jest opowiadanie. To jest zbiór trzynastu opowiadań, zebranych przez lata. Zbiór wyszedł tylko jako wydanie papierowe, wydawnictwo, mimo ambicji założycielek, niestety nie przetrwało próby czasu i poza pojedynczymi egzemplarzami, krążącymi w drugim obiegu, chyba nie da się go już dobyć (choć o ile pamiętam jeden egzemplarz jest w bibliotece ŚKF-u).

Ponieważ wyłączność udostępnienia teksów wygasła już hen, hen temu, to rozważałam puszczenie ich w sieci, ale wyszło, że poginęły mi pliki źródłowe po korekcie, mam tylko ich wersję już ze składem do druku, ale tez nie taką ostateczną, bo w niej jeszcze były babolki i je poprawiałyśmy… No i ostatecznie tych tekstów w sieci nie ma. 

Spis treści

2835 kwadransów do końca (47 i ¼)
Częstochowa 9:20
Chryzoprazowa karuzela
Dieu le veut
Na dnie
Złoty rocznik
Miłość czarodzieja
Głupiec
Limes
Joyeux Nöel
Słone Moczary
Mur

Merci pour votre com…

Reszta zdania utonęła w hałasie. Peron był pełen ludzi i co najmniej połowa z nich rozmawiała. Z samymi sobą, przez telefony, ze stojącym obok znajomym. Jurásek nie słuchał. Nie zwracał uwagi. Raz za razem powtarzając nieśmiertelne pardon, próbował przedostać się na drugi koniec platformy. Doświadczenie podpowiadało mu, że tam ścisk będzie mniejszy i łatwiej przyjdzie mu dostanie się do pociągu. O tym, że usiądzie, nawet nie śnił. Już bardziej prawdopodobna wydawała mu się zmiana wody w wino przez laika.

Pociąg pojawił się na skraju tunelu i od razu wywołał ożywienie na peronie. Gdyby nie pośpiech, pojechałbym metrem, pomyślał, stojąc w ludzkiej zupie oczekującej w napięciu aż skład się zatrzyma. Tam może byłoby mniej ludzi.

Biało-niebiesko-czerwona dżdżownica pełzła po torach i widok zaparowanych szyb dawał jako takie wyobrażenie o panującym w niej ścisku. Tłumek wokół Juráska spiął się i czuć było, że wyrwie w stronę najbliższych drzwi, gdy tylko będzie wiadomo, które to są.

Trzy, dwa, odliczał w myślach, w miarę jak skład zwalniał, jeden. Do boju.

Tłumek pozostawił tylko wąziutką ścieżkę dla wysiadających, których było co najmniej tylu, ilu oczekujących. Wyfiokowana dama przed nim zupełnie nie zwróciła uwagi na to, że dziabnęła go parasolką. Nastolatek za jego plecami napierał, a kobieta obok straciła równowagę i musiał się oprzeć o ścianę pociągu, by samemu się nie wywrócić. Z przodu ktoś już czmychał przy krawędzi drzwi do wagonu.

Z boku to musi wyglądać jak zoo, pomyślał i sam wcisnął się do środka.

Rozbrzmiał sygnał odjazdu, ktoś wbił się w stłoczony tłum, cudem umykając zamykającym się drzwiom. Ruszyli. Wagon powoli nabierał prędkości, a powietrze przesiąkało morderczą mieszanką zapachów. Hałas ludzki wyparty został nieco przez hałas pociągu. Zgrzyt kół na zakrętach, jakiś nadpsuty wentylator… Jurásek pocieszał się, że musi przejechać tylko dwie stacje.

Za oknem migały światła na ścianach tunelu. Nikt nie zwracał na nie uwagi. On rejestrował je podświadomie, jakby nimi odliczał tę podróż. Koło niego dziewczyna rozmawiała przez komórkę. Mówiła tak szybko i niewyraźnie, że ledwie wyłapywał zaimki.

Czy ja naprawdę znam francuski?, zwątpił nie pierwszy raz w ostatnich miesiącach.

Odwrócił wzrok od okna i zapatrzył się w gazetę siedzącego szczęśliwca. Odruchowo czytał nagłówki.

Sarkozy i dyplomatyczna wizyta… Algierczycy… Obama świętuje…

– Châtlet – Les Halles – zagadała pociągowa gadułka.

Jurásek wysiadł nim tłum zdążył go wypchnąć lub zadeptać. Rzeka ludzi wylewała się na peron, a tam czekała druga, chcąca wlać się do środka. Wszyscy koniecznie teraz i natychmiast, a nie do kolejnego pociągu za pięć minut. Ten zresztą byłby podobnie zatłoczony.

Przerażające, pomyślał, ilu ludzi może żyć na tak małej przestrzeni… Miliony.

Wcisnął się z powrotem do wagonu i westchnął ciężko. Nikt nie zwrócił na to uwagi.

Nie lubił tłumów. Lubił otwarte przestrzenie. Kochał góry.

Moje ślepe szczęście. Mówili jedź, tyle się nowego nauczysz, tyle zobaczysz… no i pojechałem. A i tak czynnikiem decydującym o wysłaniu mnie, była znajomość języka. Nie ma co się łudzić. Prago, moja Prago!, jeszcze tylko niecały rok.

– Saint–Michele – Notre Dame – przerwała mu gadułka.

Popłynął ku schodom w strumieniu ludzi. W górę, w górę ku świeżemu powietrzu, ku hałasowi ulicy w porannym szczycie, ku wstającemu słońcu. Odetchnął z ulgą, gdy stanął na Petit Pont. Jeszcze nie było tu zbyt wielu turystów. Po placu przed Notre Dame chodziło kilka osób, ktoś wręcz biegł, więc Jurásek wywnioskował, że pochodził stąd. Jedni zwiedzają i podziwiają, dla innych katedra to rzecz powszednia. Dla niego wciąż była zjawiskiem. Przystanął na moment i zadarł głowę, aby zobaczyć szczyty wież. Nie mógł się nadziwić, że wydaje się tak niska. Dużo niższa niż katedra na Hradczanach. Uśmiechnął się i wszedł do środka. O tej porze przed wejściem nie stał jeszcze ogonek ludzi żądnych zobaczenia pięknych witraży. Zresztą witraże wciąż były martwe. Słońce wisiało za nisko, aby je ożywić.

– Dzień dobry.

Odwrócił się w stronę idącego ku niemu mężczyzny w wieku bardziej niż średnim. Skinął mu głową.

– Corentin Vidal – przedstawił się tamten i podał mu dłoń.

Uścisk miał niekonkretny, trochę jakby podawał nie rękę, a rybę.

– Petr Jurásek.

– Dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać tutaj. Tak rzadko mam okazję być w stolicy, a żywię niebywały sentyment do tej katedry. Teraz też jestem w Paryżu tylko na chwilę i robienie sobie wycieczek do Wersalu było mi bardzo nie na rękę. Nie sądzi pan, że to niesamowite miejsce? Gdyby nie głośniki i tabliczki, to wręcz mógłbym ulec złudzeniu, że oto przeniosłem się do czasów mistrzów. A tak pozostaje mi czekać i wierzyć, że przed moją śmiercią dopracujemy formułę podróży w czasie.

Jurásek nie powiedział tego głośno, ale „dopracować” jego zdaniem zupełnie nie pasowało do sytuacji. Formuła była bardziej mrzonką czy snem niż czymś konkretnym. Kilka piktogramów transgresyjnych i alchemicznie stworzona kreda, ale wszytko wykreowane bardziej siłą plotki niż nauki. W stołówce praskiego instytutu czasami sobie z tego żartowano, zwłaszcza, jeśli gdzieś ktoś akurat temat odkurzył. Zwykle Francuzi. Przejawiali oni niezrozumiały dla Juráska optymizm i ignorancję dla zakazu Virolainena.

– Pracuję w Luwrze – powiedział, aby nie przedłużać ciszy.

– Och! Myślałem, że już przeprowadziliście się do Wersalu – zdziwił się Francuz. – Tyle o tym mówiono…

– Jeszcze nie wszyscy – wyjaśnił, ignorując podejrzanie rozbawioną nutę w głosie Vidala.

Wielka przeprowadzka trwała od kiedy tu przyjechał i wciąż nie było widać jej końca. Inne zakłady w kraju lubiły sobie i z tego pożartować.

– Rozumiem. Rozumiem, to musi potrwać. Po tylu wiekach! To jakby kres pewnej epoki. Ja jestem sentymentalnym człowiekiem i w sumie wolałbym, aby nikt instytutu z Luwru nie wyprowadzał. Ja rozumiem, że w Wersalu więcej miejsca, niecały jest udostępniony dla turystów i nie trzeba pracować w piwnicach, ale… Fin de siècle! Pan nie jest Francuzem, to pewnikiem pan tego nie rozumie, ale proszę mi wierzyć.

Jurásek pokiwał głową w udawanym skupieniu.

– Macie tam w ogóle zelektryfikowane? W Wersalu rzecz jasna, bo Luwr niemalże cały jest pozbawiony prądu.

– Częściowo – odparł wymijająco. […]